Poznań Progress Partners
Kadry

Dlaczego 4 osoby odeszły z firmy w pół roku?

Autor Anna Lewandowska, Specjalista ds. Kultury·3 grudnia 2024·6 min czytania

Szef biura projektowego na poznańskich Jeżycach zadzwonił do nas w lipcu 2024 roku. Był podłamany, bo w ciągu zaledwie 26 tygodni stracił 4 kluczowych pracowników z 9-osobowego zespołu. Został sam z górą projektów, terminami goniącymi go jak wściekłe psy i pustymi krzesłami, na których jeszcze niedawno siedzieli ludzie z 5-letnim stażem.

Sygnały, które szef przegapił przy porannej kawie

Właściciel biura, pan Marek, myślał, że wszystko gra, bo nikt nie przychodził z pretensjami o podwyżkę. Prawda była jednak inna i znacznie bardziej bolesna dla jego portfela. Ludzie nie odchodzili do konkurencji za lepszą kasą, bo sprawdziliśmy to dokładnie – ich nowe pensje były wyższe zaledwie o 340-480 złotych brutto. To nie są kwoty, dla których rzuca się stabilną robotę pod nosem. Prawdziwym problemem był brak jakichkolwiek konkretów przy rozdzielaniu zadań. Pracownicy czuli się jak we mgle, a każda próba dopytania o szczegóły kończyła się krótkim: 'Przecież wiesz, co robić, nie zawracaj mi głowy'.

Kiedy usiedliśmy do analizy tych 4 odejść, wyszło na jaw, że ostatnia osoba, pani Kasia, złożyła wypowiedzenie po tym, jak przez 3 dni czekała na akceptację prostego rysunku technicznego. Marek był wtedy zajęty spotkaniami na mieście i po prostu zapomniał odpisać na maila. Dla Kasi to był sygnał, że jej praca nie ma znaczenia. Bez owijania w bawełnę: to była klasyczna śmierć przez zlekceważenie. Ludzie to nie tabelki w Excelu, które można zamknąć i otworzyć po tygodniu bez konsekwencji. Tutaj każda godzina milczenia szefa budowała mur niechęci, który w końcu runął na cały projekt.

W biurze panowała atmosfera 'zgadywania, co autor miał na myśli'. Zamiast jasnej listy priorytetów na dany tydzień, zespół dostawał chaotyczne polecenia wrzucane na Messengerze o 21:30 w niedzielę. Jedna z osób, która odeszła w marcu, przyznała nam później, że przez te wiadomości przestała sypiać spokojnie. Sprawdzamy fakty, nie obietnice: w ciągu tych 6 miesięcy średni czas odpowiedzi szefa na pytania merytoryczne wynosił 47 godzin. To o 43 godziny za długo, jeśli chcesz utrzymać tempo pracy w małej, sprawnej firmie.

Ludzie rzadko odchodzą z pracy tylko dla pieniędzy. Najczęściej uciekają przed szefem, który nie ma czasu im odpowiedzieć.
Sygnały, które szef przegapił przy porannej kawie

Legenda o za niskich zarobkach i brutalna rzeczywistość

Marek upierał się na początku, że musi po prostu dać wszystkim po 1200 złotych podwyżki i problem zniknie. To najczęstszy błąd szefów, którzy chcą kupić sobie spokój zamiast naprawić kulturę pracy. Zrobiliśmy anonimową ankietę wśród pozostałych 5 pracowników i wyniki go zszokowały. Tylko 1 osoba wskazała wynagrodzenie jako główny czynnik stresu. Pozostałe 4 narzekały na to, że nie wiedzą, czy dobrze wykonują swoje obowiązki, bo jedyny feedback, jaki dostają, to krzyk, gdy klient zgłosi reklamację. Krótka piłka dla zarządu: kasa to tylko plaster na otwartą ranę braku komunikacji.

Analizując odejście Tomka, który był prawą ręką Marka przez 4 lata, zauważyliśmy dziwny schemat. Tomek odszedł 12 maja, dokładnie trzy dni po tym, jak Marek publicznie skrytykował go przy stażystach za błąd w wyliczeniach, który sam wcześniej klepnął. To było 47-minutowe spotkanie, które zniszczyło zaufanie budowane latami. W małych firmach takie sytuacje niosą się echem przez miesiące. Nikt nie chce pracować w miejscu, gdzie błędy szefa stają się winą pracownika. To nie była kwestia przelewu na konto, ale elementarnego szacunku, którego nie da się przeliczyć na złotówki.

Zaproponowaliśmy Markowi eksperyment: zamiast podwyżek 'na oślep', wprowadziliśmy system premiowy oparty na konkretnych dowożonych etapach, a nie na widzimisię szefa. Do tego dołożyliśmy jedną zasadę: błędy omawiamy tylko w cztery oczy, nigdy przy zespole. Efekt? W ciągu pierwszych 11 dni atmosfera w kuchni przy robieniu kawy zmieniła się nie do poznania. Ludzie przestali szeptać po kątach i zaczęli ze sobą normalnie rozmawiać. To pokazuje, że porządek w relacjach jest wart więcej niż premia uznaniowa rzucona raz na kwartał bez słowa wyjaśnienia.

Chaos informacyjny jako cichy zabójca motywacji

W biurze na Półwiejskiej problemem nie był brak pracy, ale jej nadmiar przy zerowej organizacji. Każdy z 4 pracowników, którzy odeszli, miał na biurku średnio 14 otwartych wątków jednocześnie. Bez priorytetów wszystko wydaje się pilne, co prowadzi do szybkiego wypalenia. Sprawdziliśmy, że w maju zespół wysłał do Marka 83 pytania dotyczące blokad w projektach. Odpowiedź dostało tylko 19 z nich. Reszta utknęła w próżni, a pracownicy musieli improwizować, ryzykując błędy i gniew szefa. To błędne koło, z którego jedynym wyjściem jest rzucenie papierami.

Wprowadziliśmy prostą zasadę 'pulpitu sterowniczego'. Każdy poniedziałek o 9:15 to teraz 20 minut konkretów: co robimy, co stoi, czego brakuje od szefa. Bez lania wody, bez wizjonerskich przemówień o przyszłości branży. Tylko twarde dane na dany tydzień. Marek musiał się nauczyć, że jego rolą nie jest bycie 'najmądrzejszym w pokoju', ale usuwanie przeszkód z drogi swoich ludzi. Od tego czasu liczba maili wewnętrznych spadła o 31%, bo większość wątpliwości jest wyjaśniana od ręka podczas tego krótkiego spotkania.

Najbardziej jaskrawym przykładem chaosu było odejście Ani, specjalistki od detali. Ania była w firmie 18 miesięcy i odeszła, bo trzy razy z rzędu musiała poprawiać ten sam projekt, ponieważ Marek zmieniał zdanie w połowie pracy, zapominając o tym poinformować. Strata czasu to dla fachowca największa zniewaga. Kiedy policzyliśmy koszty tych poprawek, wyszło nam 4300 złotych wyrzuconych w błoto tylko w jednym miesiącu. To pieniądze, które mogły pójść na szkolenia lub integrację, a poszły na naprawianie błędów wynikających z czystego bałaganu decyzyjnego.

Brak decyzji szefa to najdroższy koszt w każdej małej firmie. Kosztuje czas, pieniądze i najlepszych ludzi.
Chaos informacyjny jako cichy zabójca motywacji

Trzy proste zmiany wprowadzone w 14 dni

Naprawianie tej sytuacji zaczęliśmy od podstaw. Pierwszą zmianą było ustalenie 'godziny dla szefa'. Każdego dnia między 13:00 a 14:00 Marek ma wyłączony telefon i jest dostępny tylko dla swojego zespołu. Każdy może wejść i przegadać blokady. Druga zmiana to wprowadzenie karty projektu – prostego dokumentu na 1 stronę, gdzie czarno na białym spisane są oczekiwania klienta i termin oddania. Koniec z domysłami i szukaniem informacji w starych SMS-ach. To banalne rozwiązania, ale w biurze projektowym uratowały one resztki morale, które jeszcze tam tliło.

Trzecia zmiana była najtrudniejsza: Marek musiał zacząć dziękować. Nie za wielkie sukcesy, ale za codzienną, rzetelną robotę. Wprowadziliśmy zasadę 'faktu dnia' – raz w tygodniu, w piątek o 15:00, szef wysyła do wszystkich krótkiego maila z jedną rzeczą, która mu się w tym tygodniu spodobała w pracy każdego z nich. Bez owijania w bawełnę, szczerze i konkretnie. Na początku wydawało się to sztuczne, ale po 3 tygodniach ludzie zaczęli na te maile czekać. To pokazało im, że szef widzi ich wysiłek, a nie tylko błędy w tabelkach.

Efekt końcowy? Od sierpnia 2024 roku nikt więcej nie odszedł z firmy. Zespół 5 osób, który został, stał się bardziej wydajny niż wcześniejsza 9-osobowa ekipa. Dlaczego? Bo wiedzą, co mają robić, i wiedzą, że ich głos jest słyszany. Marek odzyskał spokój, a my udowodniliśmy, że kultura pracy to nie są drogie owocowe czwartki, ale jasne zasady i wzajemny szacunek. Jeśli w Twoim biurze też zaczynają pustać krzesła, nie szukaj winy w rynku pracy. Spójrz najpierw na swój kalendarz i to, ile czasu poświęcasz na realne wsparcie swoich ludzi.